zaglądam: | Blogo | Ruda ona | Ml76 | Pesy | Bash | Kosciu zdjęć nie robi| Yooasia nie chce pisać| Zupa |


» 2011-11-11 | 11:11:11 | (2) | Niedoczas.

Wielka rocznica stała się usprawiedliwieniem dla jednego z dwóch wolnych dni w tym pięknym miesiącu.
Nie piszę, bo śpię.
I pierwszy raz od wielu lat wydaje się, że mam plan na początek stycznia.   

skomentuj





» 2011-10-08 | 17:35:51 | (0) | Dobry wieczór.

Scenariusz stary jak ja. Weekendowy wieczór lub noc.
W kieszeni kilka zawsze dobrze brzmiących kawałków, czasem przyjemna audycja w trójce.
W ręku ściskanych kilka kawałków metalu, plastiku, parę papierków, które umownie warte są odrobinę więcej.
Zamek, drugi, w końcu stacyjka. Kontrolki mrugają zalotnie. Na prawo przekręcam potencjometr radioodtwarzacza, odsuwam okno w dachu. Wyłączam się na kilka dłuższych chwil, krążąc zmiennym tempem bez konkretnego celu.
I tak w kilka wieczornych godzin mija mi pięćdziesiąt, sto, a czasem dwieście kilometrów. Pieniądze wyrzucone w błoto, tak myślisz, bo może tego nie rozumiesz, a może po prostu poczuć nie możesz.
Ja wolę za litr płacić kilka złotych i zużyć ich jednego wieczoru kilkanaście. Moja wątroba jest mi za to wdzięczna.

W uszach królował wczoraj Pink Floyd, z piosenką przy której pięknie jest się odurzyć, a później choćby podciąć sobie żyły. Tak mówią zabiegane dziewczęta.



skomentuj





» 2011-09-28 | 22:21:43 | (0) | Zostałem czarodziejem.

W środę wypada mi sobota, poniedziałek jest czwartkiem, a w piątek mam początek dziewięciodniowego tygodnia. Ostatni miesiąc minął. Po prostu minął. Dni zlewają się w jedno, jak przez mgłę kojarzę tylko ludzi, mieszkania, gabinety, melodyjki przy przełączaniu do osoby decyzyjnej. Raz trzy godziny, raz czternaście. 
Mimo całej uciążliwości jest przyjemnie. Jest ruch w życiu. 
Przy kolejnym wysłanym CV dopiszę sobie w umiejętnościach czary.



skomentuj





» 2011-09-17 | 09:52:55 | (1) | Wspaniały poranek.

Przede wszystkim cisza. Własny laptop, kubek z mlekiem i kawą, sfatygowana półtoratygodniowym noszeniem w torbie twarz Balcerowicza na okładce Newsweeka, bolące gardło. Jest cudownie, głównie dlatego, że nauczyłem się wyłączyć, nie myśleć, zapomnieć się na chwilę. 
Do odtwarzacza trafia nowa płyta, dziękuję Ci S. Na liście utworów znajomy tytuł, zacznę od niego.



skomentuj





» 2011-08-28 | 12:48:33 | (2) | Dobry film wczoraj widziałem.

Zmęczone kolejnym zbyt ciepłym dniem ciało trafiło tam, gdzie bardzo lubi.
Nowo odkryta płyta dzielnie walczyła z powietrzem wpadającym przez otwarty dach.
  W kieszeni dwa bilety. Jeszcze tylko przystanek Ona, Frugo i wyścig z czasem przez miasto, żeby zdążyć przed reklamami, których nie było.
Woody Allen jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Film ze wspaniale dopasowaną muzyką, deszczem, klimatem. Klimatem absurdalnym, jak spotkanie Hemingwaya w barze, czy romans z kochanką Picassa. 
Po takich filmach nawet wyprawa po frytki robione z waty może być przyjemna.
Tak samo jak spacer, choćby ten najkrótszy do zaparkowanego auta, w ciepłą sierpniową noc. Choćby w milczeniu, a może właśnie dlatego.



skomentuj





» 2011-08-16 | 01:57:44 | (13) | Brak orientacji w dysproporcji, czyli o kłopotach ze snem.

W środku nocy dotarło do mnie to, co ostatnio najczęściej budzi mój niepokój. I co boli.
Niepokojący jest brak orientacji. To nic przyjemnego, kiedy znajdziesz się w obcym mieście i nie wiesz gdzie pójść. Którędy, jak daleko. I gdzie do diaska zostawiłem samochód.
Takie niepokoje to jednak przeszłość. Mamy GPS w telefonie, zawsze aktualną mapę on-line, orientacja przestrzenna przestaje być problemem.
Problemem jest określenie własnej pozycji w bardziej ogólnym ujęciu. Gdzie jestem w życiu? Na jakim etapie? Czy jestem w czymś dobry? Na ile dobry? Ilu jest lepszych? Ilu gorszych? Ile musisz się jeszcze nauczyć?
Może jestem nietypowym przypadkiem, lecz są momenty, kiedy takie myśli wypełniają całą głowę i nie pozwalają skupić się na niczym innym, w tym na spokojnym śnie. Patrzysz wtedy bezmyślnie ciemną nocą w sufit i zastanawiasz się jak tu sobie poradzić z tym całym życiem. Ogromna pustka. Otchłań tak wielka, że nie tylko nie czujesz dna stopą. Ty tego dna nie widzisz, nie masz pojęcia jak daleko od niego jesteś, ani w którym kierunku trzeba płynąć po świeże powietrze. 
Wiesz tylko, że jeśli nie zaczniesz się szamotać, jeśli nie zaczniesz szybko płynąć, to masz duże szanse się udusić. To zdecydowanie niepokojące uczucie.
Z drugiej strony mamy dysproporcję. Pół biedy, jeśli nic nie robiąc sporo zyskujemy. Z tym nauczyłem się żyć, bo człowiek to takie sprytne urządzenie, co to do wszystkiego się przyzwyczai.
Gorzej, jeśli się starasz, wypruwasz flaki, serce na dłoni wyciągasz, a przed tobą ściana. Obojętność. Lekceważenie.
To boli.
Najprostszą reakcją w takiej sytuacji jest puszczenie, chociażby telepatycznie, mięsistej wiązki pod adresem szanownej ściany. Do tego odrobinę focha, przytup, może nawet delikatne obrażenie na cały świat i ból wynikający z dysproporcji mamy złagodzony.
Z wiekiem to przestaje mi to wystarczać. Zacząłem grzebać w sobie, szukając fundamentów, na których zbudowano ściany.
Z tym grzebaniem w sobie muszę uważać. Ktoś zaprogramował mnie tak, abym dawał priorytet winie własnej. Mam taką dziwną skłonność do bycia pępkiem świata, czego naturalną konsekwencją jest przyjęcie, ze ta wina jest moja. Naprawdę muszę się sporo natrudzić, żeby zdjąć z siebie odpowiedzialność i przekazać ją komuś. A nawet wtedy staram się jakoś cudownie usprawiedliwić postępowanie ściany.
Bo jeśli się głębiej zastanowić, to ja w podobnej sytuacji zachowałbym się tak samo. Czy w takim razie mogę mieć jakiekolwiek pretensje?

Takie oto przemyślenia w środku nocy targają świeżo upieczonym absolwentem, który nie ma pojęcia co ze sobą w życiu zrobić.

skomentuj





» 2011-08-12 | 00:38:11 | (6) | 3500 km.

Te wakacje miały być przykre. Bez studiów, bez pracy, bez pieniędzy, bez wyjazdów.
Zbuntowały się wyjazdy. Zaczęło się w pierwszym tygodniu lipca. Dwie godziny przed świtem kończyłem czarną, gorzką kawę. Niewyspane oczy cieszyły się na widok kluczyków, a w środku czułem przyjemność. Tą charakterystyczną przyjemność, którą czuje się ciemną nocą, mając w perspektywie kilka godzin w samochodzie. Bo czuje się.
Stary wóz, co długo służy już, lecz ciągnie jeszcze stówę, stary grat, postanowił zjechać mapę z dołu wzwyż. Przyklejona do szyby Marzena co jakiś czas ostrzegała, niestety nie dość skutecznie, przed czającymi się niebezpieczeństwami. Było cudownie. Piątkowy poranek za kierownicą, w głośnikach radosny i żywiołowy Wojciech Mann.
W końcu, po sześciu godzinach - Łeba. Postawiony w cieniu, przy werandzie znanego z dzieciństwa domku letniskowego, grat, spoglądał na mnie przez cały dzień namawiając do maratonu.
Uległem. Do domu 500 kilometrów. 360. 200. Z każdym komunikatem Marzeny cieszyłem się, że jeszcze tyle drogi przede mną. 
Powrót do domu razem ze wstającym słońcem, miasto powoli kładące się spać po piątkowej nocy, człowiek w poluzowanym krawacie wracający skądś z rowerem, który dzielnie wspierał go w walce z bezduszną grawitacją. Zmęczenie dotarło dopiero pod prysznicem.

Dwa tygodnie później klekoczącym Koreańczykiem jechaliśmy po białego nicponia. Randka miała trwać niespełna dobę. Jak na złość deszcz i osiemnasto-calowe felgi, które trzeba prowadzić za rączkę przez las.
Połowa dystansu pokonana bez radia, z którym wygrywał niewielki, mocny i pięknie grający silnik. Dwóch ludzi na pokładzie. Czysta radość z dźwięku, szyb bez ramek, ruchomego spoilera i przeciążeń.
Wycieraczki, które przy sześćdziesięciu metrach na sekundę brzmią, jak przyspieszony z podniecenia oddech. Kolejny poranek, śniadanie jedzone w aucie, kawa dopijana na lewym pasie autostrady. Pożegnalne klepnięcie po błotniku.

Kolejnych kilka godzin snu, budzik ustawiony na szóstą rano. Kolejny klekot, kolejne 400 kilometrów. Kolejna wizyta w dolinie, w której spędziłem kilka pierwszych lat życia. Jedna wspaniała doba, w której płuca wypełnia to wspaniałe powietrze, a twarz palona jest słońcem, by po chwili moknąć wśród nisko zawieszonych chmur. Wspaniały sen, spacer po kamieniach wyrzuconych przez górską rzekę, słuchanie tej wyjątkowej ciszy. Kolejny powrót do domu.
Mijają dni wyznaczane miarowym klikaniem 'wyślij' w mailach z załączonym CV jednym z wielu. Telefon.
W poniedziałek Gdańsk, pojedziesz? Pewnie, że pojadę.
I znów ten poranny dreszcz, ta kawa dopijana w samochodzie, te cieszące się na widok kluczyków oczy, te kilkaset kilometrów i kilkanaście godzin w puszce na kołach. Kolejny maraton. Noc spędzona na wyprzedzaniu nielicznych aut wybijających z rytmu podróży. A z głośników leciała, pamiętam to bardzo dobrze, Janis Joplin.

 



skomentuj





» 2011-07-15 | 15:47:43 | (5) | Dobry znajomy.

Ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz. Umiesz liczyć, licz na siebie.
Te dwie mądrości ludowe słyszałem chyba od zawsze. Do pierwszego z biegiem czasu dołączyło 'jak będziesz miał dużo kluczy, to zostaniesz woźnym'.
Drugie pozostało niewzruszone i nadal aktualne.
Tak sobie myślę, że ostatecznie to najważniejsza mądrość, jaką usłyszałem w życiu. Ale nie o, zdrowym skądinąd, egoizmie dziś będzie. Będzie o lubieniu siebie, o spędzaniu czasu z samym sobą. Niektórzy mówią, że to najlepsze towarzystwo, towarzystwo samego siebie. Inny boją się bycia z samym sobą.

I ja tej drugiej grupie ludzi serdecznie współczuję. W życiu zawsze, prędzej czy później przyjdzie taka chwila, że zabraknie towarzystwa. Wtedy robi się głupio, nie ma o czym ze sobą pogadać, nie ma wspólnych zainteresowań - zupełniej jak wtedy, kiedy spotykasz dawno nie widzianego znajomego.
Znajomości trzeba pielęgnować, także tą najważniejszą. Ze sobą samym.

Od czasu do czasu warto pobyć ze sobą, porozmawiać, pomyśleć. Spalić trochę paliwa, posłuchać ciszy, posłuchać ptaków, pozachwycać się widokiem. Obejrzeć film, przeczytać książkę, posłuchać muzyki - jest tyle rzeczy, które można robić we własnym towarzystwie, a niektóre z nich najlepiej smakują właśnie w samotności.

I wtedy, kiedy znasz siebie dobrze, polubisz się, wtedy nawet podziwianie fajerwerków pewnej grudniowej nocy w samochodzie pędzącym autostradą potrafi być przyjemne. Albo chociaż mniej uciążliwe.

skomentuj





» 2011-06-15 | 12:02:30 | (2) | 90 km.

Jest już dobrze po trzeciej. Światło latarni odbija się w kroplach wody pokrywających karoserię. Pneumatyczny mechanizm kulturalnie odryglowuje drzwi, w środku robi się jasno. Zamknięcie drzwi, kluczyk, stacyjka, dźwięk rozrusznika, światła, radio. Wycieraczki bezceremonialnie zepchnęły pozostałości po nocnym deszczu.  Na początek kilka metrów boczną drogą, zaspane auto kołysze się, podczas gdy koła trafiają na kolejne zagłębienia wypełnione wodą. Towarzysząca mi Marzena również powoli budzi się do życia, jak zwykle beznamiętnym głosem komunikuje: Za sto metrów. W lewo.
Za sto metrów przerywacz kierunkowskazów konkuruje przez chwilę z perkusistą Perfectu.
Jest zupełnie ciemno, w żadnym oknie nie świeci się światło. Cisza przerywana jest tylko śpiewem pierwszych ptaków i wodą rozbryzgiwaną przez koła. Jedynie w budynku przy przejeździe kolejowym widać włączoną na biurku lampkę.
Za przejazdem stoi piękna tablica oznaczająca koniec terenu zabudowanego. Ucieszona wskazówka temperatury wskazuje na dziewięćdziesiątkę. Droga przez las, wąska, wilgotna, kręta i cudownie wyglądająca mgła unosząca się nad asfaltem. Gdzieś w głowie pamiętam o tym, że lubią tutaj biegać zwierzęta. Dopiero trzeci łomot dochodzący z zawieszenia walczącego z kolejną wyrwą w nawierzchni przekonuje mnie, by nieco zwolnić. Wielka szkoda, chociaż Markowski śpiewający o przeznaczeniu za zakrętem nie nastraja do szybszej jazdy.
Za sto metrów. W prawo. Marzena znowu przypomniała mi o swoim istnieniu. Na skrzyżowaniu wjeżdżam na świeżo położony asfalt. Droga przyjemnie kręta, poza lasem. Białe linie lśnią w świetle drogowych świateł. Marzenie od czasu do czasu wyrwie się nieśmiałe: Zwolnij.
Gdzieś przy drodze swoimi światłami budzę zaspany patrol drogówki, szczelnie zamknięty w srebrnej Kii.
Kilka kilometrów dalej trafiam na autostradę. Zwolnij. Zwolnij. Zwolnij. Marzena robi się irytująca, na szczęście jedno dotknięcie palcem wystarcza żeby ją uśpić. Perfect gra coraz głośniej, mijam pojedyncze auta mknące prawym pasem.
Pół godziny później parkuję w garażu. Ptaki śpiewają witając wschodzące słońce, nagrzany wydech delikatnie stuka. Czas spać.



skomentuj





» 2011-06-12 | 12:56:49 | (2) | Wiosna '11 cz.2

Ostatecznie wiosna zakończona została spektakularnym sukcesem. 
Teraz najważniejszym zdaje się być zakończenie nierozpoczętego jeszcze świętowania, celem wzięcia życia za róg.  
O uwagę dopominają się nieprzesłuchane płyty, nieprzeczytane artykuły, a także nieobejrzane filmy i zdjęcia.  
Niewypite kawy też, ale ostatnio telefon milczy, a pan z trzema literkami nie chce się narzucać.


skomentuj





» 2011-05-19 | 00:46:47 | (2) | Ctrl+Z?

O północy ówczesna miłość jego życia stwierdziła, że jest już śpiąca. 
Otworzył jej drzwi, odprowadził wzrokiem.
Ciepła piątkowa noc, w głośnikach zostało jeszcze trochę przyjemnej muzyki, a w baku taniego jeszcze wtedy paliwa. 
Szybki przegląd kontaktów w telefonie, wzrok zatrzymał się na literze kształtem przypominającej szyję szlachetnego łabędzia.
Wtedy jeszcze mógł do niej zadzwonić w środku nocy, ona dzwoniła do niego.

W słuchawce brzmiała klubowa muzyka, jakimś cudem umówili się za kilka minut przed wejściem do lokalu.
Wybiegła do niego w nieprzyzwoicie krótkiej sukience, z przyjemnie pijanym uśmiechem. Rzuciła się na szyję, skłamała, że w klubie było nudno. Wydawało mu się, że szczerze cieszyła się na jego widok.
Na spacerze sporo rozmawiali, ona jak zwykle żartowała żeby zostawił dla niej miłość swojego życia. W końcu wsiedli do samochodu.
Sunąc przez miasto, które jeszcze kilkadziesiąt minut dzieliło od świtu, nie zauważył kiedy za nim pojawiła się srebrna skoda. Doskonale zauważał piękne nogi na prawym fotelu i dłoń na swym udzie. Zadzwonił telefon, wyjątkowo zjechał na bok. Krótka rozmowa, ledwie kilkadziesiąt sekund. Nie mógł wyjechać z zatoczki, drogę blokowała mu octavia, z jej okna wyglądał zalotnie machający odznaką policjant. Podobno kilkaset metrów wcześniej zignorował znak nakazu. Po chwili ruszyli dalej, ona przepraszała go za odwracanie uwagi od znaków. Zupełnie niepotrzebnie.

Odwiózł ją pod dom, poczuł na swych wargach jej wilgotne usta. Nie odpowiedział. Nie wiedział wtedy jeszcze, jak długo będzie tego żałował. Nie wiedział też, że nadejdzie taki czas, kiedy nie będzie mógł do niej zadzwonić w środku nocy, a już na pewno nie będzie mógł liczyć na nocną randkę. 

Teraz wie, że długo pamięta się takie noce.

skomentuj








2011
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2009
grudzień
listopad
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
luty
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec