Szkocja.

Jakoś tak kilka lat po moich osiemnastych urodzinach okazało się, że lubię góry. Leń, kanapowiec i góry.
Pierwszy, taki dorosły i świadomy czas z górami był cudowny. Cudowny, bo spędzony pod namiotem, względnie w samochodzie.
Rok później wróciłem w Bieszczady. Zmieniło się kilka rzeczy. Zamiast namiotu była wynajęta chatka z kominkiem. Zamiast kilku nocy – całe dwa tygodnie. 

Dwie rzeczy pozostały niezmienne. Przyjemność chłonięcia widoków i pogoda.
Okazuje się, że mimo psioczenia na fatalny klimat w naszym kraju, lato w Polsce się zdarza. Zdarzają się także trzydziestostopniowe upały, szczególnie w południowo wschodniej części kraju, w drugiej połowie sierpnia.

Tomasz nie lubi upałów. Tomasz lubi góry. Towarzyszka tomaszowego życia była kilka razy w Szkocji. W Szkocji są góry. W Szkocji nie ma trzydziestostopniowych upałów. Logika. To ona podsunęła mi wizytę na wyspie. Ale nie tej dużej. Takiej mniejszej. Skye.

Tak więc równy rok, później opuszczałem stolicę województwa zachodniopomorskiego w trzydziestostopniowym upale. W Berlinie upał również nie odpuszczał, tak samo jak taksówkarze nie odpuszczali porządku na postoju. Ordnung muss sein. Nawet mimo mało europejskich rysów twarzy.
1
Lądujemy w Glasgow. Temperatura spada do akceptowalnej.
Popołudnie zajmuje nam spacerowanie po mieście. Brzydkim i pustym mieście. Noc spędzona w hotelu przy centrum handlowym. Z samego rana łapiemy autobus, który po sześciu godzinach dowiezie nas w takie okoliczności przyrody.
2
To były moje pierwsze wakacje bez samochodu. Zdany byłem tylko na własne nogi, a jeśli chciałem je oszczędzić, musiałem porzucić swą niezależność i dostosować się do rozkładów jazdy.
6
Autobusy na Skye to też ciekawy temat.
Są punktualne. Do tego stopnia, że kiedy pewnego dnia autobus nie przyjechał i wróciliśmy z przystanku do hostelu, wzbudziliśmy pewną sensację.

Deszcz? Tak, bywa. Bywa czasem stałym elementem krajobrazu, bywa tematem dyskusji. Bywa także powodem, dla którego odpuszczasz wejście w góry i czekasz karnie trzy godziny na następny autobus. W mokrych spodniach, butach i bieliźnie, która poddała się po piętnastu minutach.

Ale przez tych kilka dni pogoda była wspaniała.
Widziałem węże. I przyjazne zwierzęta, które pałały miłością. Tak jak i ja do nich.

8

Mówią, że góry w Szkocji to nie góry. Małe i niepoważne. Ale kiedy idziesz we mgle i widzisz 10 metrów przed siebie to każde miejsce może wystraszyć. Tak jak Quiraing. Niewielki łańcuch, najwyższy szczyt ma ledwie ponad pięćset metrów. My wchodziliśmy (magiczne słowo) sobie tylko popatrzeć z dołu. Widzieliśmy, że wyżej jest mgła. Poza tym padał deszcz, a ja nie miałem ochoty już moknąć. W przewodniku jednak zobaczyliśmy (znów magiczne słowo), że jest tam fajna płaska łąka, którą nazywają stołem.
Mgła była tak bardzo tajemnicza, że o tym, że stoimy (znów, magiczne słowo!) na stole poinformowała mnie jedna z nielicznych działających aplikacji na moim ułomnym smartfonie.
Fajnie, doszliśmy, zwiedzamy dalej. Zwiedzanie nie polega na oglądaniu tego, co już zostało obejrzane. Padła decyzja o powrocie inną ścieżką. Tomasz wyciągnął kompas, mapę, i rzekł „o, to tutaj!”.

10

W pewnym momencie zrobiło się tak stromo, że zwątpiłem. Później zejście polegało na zjeżdżaniu tyłkiem razem ze zsypującymi się kawałkami skały i ziemi. Jeszcze później zobaczyłem szczątki owcy albo kozy. Zacząłem sobie przypominać najwspanialsze chwile w moim życiu.
Ostatecznie udało się. Po zejściu zrewidowałem własną samoocenę i zdolność do podejmowania rozsądnych decyzji.

11

Od dwóch godzin myślę nad zakończeniem tego wpisu. Mógłbym myśleć jeszcze dłużej ale po tak długiej przerwie postanowiłem sobie odpuścić i zamiast tego dodać kilka zdjęć.

Moje Bieszczady.

Zaczęło się od wydartych z gardła korpo kilku wolnych dni. Później krótka podróż pociągiem i wsiadłem za kierownicę małego citroena. Nie miałem pojęcia, że przez następne 2500 kilometrów oraz kilka dni i nocy zakocham się na nowo.

Zaczęło się standardowo i znajomo. Noc spędzona na nieśpiesznie pokonywanej autostradzie, z krótkim postojem o trzeciej nad ranem pod Wawelem.

Świt przwitał mnie na znajomych sempertynach nad nad Jeziorem Rożnowskim. Lubię takie podróże, kiedy w każdej chwili mogę zatrzymać się na poboczu i zwyczajnie chłonąć chwile lub miejsca. Kiedy nic mnie nie pogania, nie ma żadnej presji, a telefon służy tylko jako nawigacja.

Lubię wracać w moje góry. Z każdym zakrętem czuję się lepiej, bo czuję się u siebie. Tym razem było trochę inaczej, bo te góry były jedynie przystankiem, miejscem gdzie rozbiłem namiot, przespałem się kilka godzin i ruszyłem dalej. Gdzieś, gdzie jeszcze nigdy nie byłem, a zawsze chciałem być. Bieszczady, w których się zakochałem.

Lubię moje góry za widoki, za spokój. Kiedy wyjeżdżam z miasta, szczególnie po dniu spędzonym w pracy, po kilku godzinach czuję kojącą ciszę i spokój.
Kiedy złożyłem namiot, wsiadłem do samochodu i ruszyłem dalej, dowiedziałem się, że prawdziwy spokój dopiero na mnie czeka. Wąska droga, która tylko od czasu do czasu mija nieliczne zabudowania. W nocy wystarczy wyłączyć światła samochodu, by na niebie zobaczyć drogę mleczną i milion gwiazd. Wetlina, a w niej cudowne miejsce, w którym zatrzymałem się zupełnie przypadkiem i nieświadomie – Chata Wędrowca. Wspaniały naleśnik z jagodami. Już wiem, że tam wrócę, mam nadzieję że jeszcze w tym roku.

Moje góry.

Zapamiętałem to miejsce jako bardzo kolorowe i pachnące dziecięcą beztroską. Prawdziwa wieś, taka z krowami, koniem, kurami i stodołą pełną cudownie pachnącego siana. I mlekiem prosto od krowy, tłustym i pieniącym się w aluminiowej bańce. Pysznym.
A teraz? Kojarzy mi się z mżawką i orzeźwiającym chłodem.

Dwadzieścia lat temu było tutaj inaczej. Góry były ciepłą i uśmiechniętą doliną, z rzeką do której pod opieką starszych kuzynów wchodziłem po pas, do zrobionego z większych kamieni „basenu”, który chronił mnie przed nurtem górskiej rzeki.
Pamiętam dom dziadka, w którym spędziłem kilka pierwszych lat mojego życia. Ten zapach, którego nie potrafię dziś uchwycić. Mieszanka wykrochmalonej pościeli, starych mebli, strychu, drewnianej podłogi i pieca na drewno w kuchni.
Spiżarni bez okien, do której nie mogłem wchodzić z powodu rozstawionych pułapek na myszy, tak niebezpiecznych podobno.

Nie wiedziałem wtedy jak wyglądał wschód słońca, bo zwyczajnie nie musiałem tego wiedzieć. Ranek kojarzył mi się z zapachem bzu, który kwitł w przydomowym ogródku, na który wychodziło jedno z dwóch okien izby. Przez drugie mogłem oglądać podwórze, wyłożone kamieniami z rzeki.

Strych, na części którego urządzony był gołębnik. Słyszałem ich gruchanie co rano, bo były nad moim łóżkiem. Na strychu komin wokół którego było mnóstwo interesujących rzeczy. Wielkie, stare i niedziałające radio. Na nim sterta gazet i papierów. Po latach dowiedziałem się, że to między innymi przez nie wujek dostał bilet w jedną stronę za ocean.

Drzwi, nad którymi było małe okno, na którego ramie zawsze leżał klucz do domu. Kury, które biegały po podwórku, studnię bliżej bramki. Zamkniętą zawsze na kłódkę, wokół której biegałem z małym cielakiem. Tego nie pamiętam, ale pokazano mi to na zdjęciu.

Z drugiej strony stodoła podzielona na trzy części. W lewej pierwszy raz doiłem krowę. Pamiętam, że bardzo dziwił mnie spokój bordowego stworzenia, które ciągnięte za sutki z całych sił, zaciśniętymi piąstkami młodego mężczyzny ani drgnęło. Mleko cudownie pieniło się w małym garnku.
W środkowej części, ogromnej jak mi się wydawało, było miejsce na wóz i siano. Przepięknie pachnące, z którego czasem wychodziły węże, ale tym przejmowali się tylko rodzice, a nie my.
W prawej części dla niepoznaki chowano grabie i widły, a tak naprawdę była to nasza tajna baza, w której zamykaliśmy się od środka i nie wpuszczaliśmy nikogo do środka. Chyba, że powiedział „Pacyfik”, do dziś nie mamy pojęcia skąd nam się to hasło wzięło.

Cudowny był ten dom, dziś już go dla mnie nie ma. Stoi zamknięty, niedostępny i pusty. Jedyny ślad życia, to pies biegający po podwórku i gołębnik na strychu.
A my dorastamy.

Leniwa sobota.

Sobota, kilka minut po ósmej. dzwoni telefon. Jakiś odległy, jakby z innego świata, kobiecy głos mówi do mnie dzień dobry, wszystkiego najlepszego z okazji. Mija kilka długich chwil, dopiero wtedy dochodzi do mnie gdzie właściwie jestem, kto dzwonił oraz że prosiłem o ten budzik, bo muszę wyjść do pracy.

Lubię takie dni. Być może dlatego, że jest ich ostatnio niewiele. Wspaniały gatunek będący na wymarciu, to dni, w które nie mam planów. Żadnych spotkań, być może jeden telefon, który wypadałoby wykonać dzisiaj ale jutro nie będzie na niego za późno. Wstaję wtedy spokojnie, wkładając na siebie zbyt dużą bluzę oraz stare i brzydkie pewnie już spodnie dresowe. Chwytam laptopa i kubek z lekką kawą, siadam na balkonie i chłonę. Słońce, wiatr, lekki chłód, który w takie dni absolutnie nie uwiera, on tutaj doskonale pasuje. Mijają kolejne godziny, a ja słucham muzyki.

Ale słucham też inaczej, mam czas na wybranie czegoś świadomie, powspominanie. Zupełnie jak z tym kawałkiem.

http://www.youtube.com/watch?v=EmuYL1uwvM0

Pamiętam jak dziś, to było we we wrześniu, kilka lat temu. Po chwili dociera do mnie, że kilka lat oznacza w tym przypadku równą dekadę. Włochy, szkolna wycieczka, muzyka puszczana z kultowej Nokii, plaża. I ona, z perspektywy czasu zapamiętałem tamten wyjazd jako chwilę, w której ona, przykładna i grzeczna dziewczyna okazuje się mieć inną, bardziej ludzką twarz. Jestem prawie pewien, że tak nie było, że ta ludzka twarz pojawiła się już wcześniej, ale do dziś słysząc ten kawałek oczyma wyobraźni widzę ją, w spódnicy i czarnym staniku, machającą głową i wrzeszczącą „jest jedna rzecz dla której warto żyć”.

Tak właśnie uwielbiam słuchać muzyki, chociaż zdarza się to bardzo rzadko. Zbyt rzadko.

Ponad półtora roku temu pisałem o muzyce, będąc pod wrażeniem tego, co usłyszałem.



Pamiętam, że pierwsze pół nocy poświęciłem wtedy na próbie kupna płyty z zapisem tego koncertu, a drugie pół ściągałem ten zapis z jakiegoś rosyjskiego serwera.
Minęło kilkanaście miesięcy, a ja wciąż nie znalazłem chwili i nastroju, by obejrzeć ten koncert w całości. Oczywiście, nie raz go wysłuchałem, czując w paru momentach ciarki na ciele. Ale nie miałem czasu spełnić swojego marzenia.
Wiem, że je spełnię. Już niedługo, jeszcze tylko miesiąc i będę miał na to mnóstwo czasu.

Przerwa.

Kilka miesięcy zdarzyło mi się tutaj nie zaglądać.
W międzyczasie coś zmieniło mi wygląd oraz ukradło dostęp.
Odzyskałem hasło. Będę pisał, czytajcie.

Kwiecień.

Ćwierć dobiega końca. Zasadniczo nie obchodzi mnie to jakoś bardziej, niż kolejny mijający tydzień. Chociaż może to źle, może powinienem zrobić coś na kształt bilansu zysków i strat, poczynić plany, rozliczyć się z już poczynionych? Podjąć jakąś decyzję życiową?
Może i powinienem.
 Ale zupełnie nie mam na to ochoty. Nie chcę. Nie ukrywam się przed tymi decyzjami, wprost im mówię, że muszą jeszcze poczekać na swój czas. Czekają już długo lecz wciąż nie mam zamiaru podejmować ich nieprzygotowany. Nie nazwałbym tego ucieczką, stawiam sprawę jasno, choć dla postronnego obserwatora zachowuję się jak zwyczajny szczeniak uciekający przed każdym poważniejszym problemem.
I może tak jest w istocie.
Ja tymczasem mam mnóstwo innych, ciekawszych problemów zaprzątających głowę. Wyjechać o 22, czy jednak bliżej północy. Kupić winietę? Gdzie zatankować? 
Przeglądając zdjęcia sprzed pięciu lat dostrzegam, że wszystko się pokomplikowało. Lawirowanie, to chyba największa nowość w moim życiu. Uśmiechnięte, szczęśliwe twarze, cudownie jest na nie spojrzeć.
Odruchowo sięgam po telefon, chcę napisać spotkajmy się. Tylko jak? Kiedy, skoro nie jestem podać żadnej daty, a spotkania zapowiedziane pół godziny przed ich rozpoczęciem usilnie nie chcą dochodzić do skutku. 
Pamiętam o tych ludziach i tęsknię, bo więcej nie potrafię w tej chwili zrobić.

Help!

Od kiedy pamięta miał dziwną łatwość do otwierania cudzych ust i dusz. Nie musiał robić nic specjalnego, siadał, patrzył w oczy, słuchał, a ludzie mówili. Zdradzali swoje najskrytsze sekrety, opowiadali o wszystkich problemach. Nie miało znaczenia, czy znali się godzinę, miesiąc czy rok.
Mówili, a on słuchał. Czasem pomagał, ale najlepiej wychodziło mu słuchanie i patrzenie jak z ludzi uchodzi napięcie.
Mówią, że to altruizm. Ale to czysty egoizm, taki sam jak ten od jałmużny.
I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie zaczął mieć własnych problemów.
Wtedy okazało się, że jest doskonałym słuchaczem, ale bardzo kiepskim mówcą, który nie wie nawet co chciałby powiedzieć.


Pół roku.

Zaczęło się bardzo niewinnie. Kolejne wysłane cefał. Wtem, nagle, telefon, w piątek. Zapraszam na 13, w poniedziałek.
W poniedziałek, w czasie gdy wygrzewając się w słońcu, na pseudoratanowych meblach oczekiwał spotkania, zaproponowała mu coś do picia. Później ktoś ochrzcił ją znienawidzoną. 
Krótka, rzeczowa rozmowa. I uwaga, którą zapamiętał – to ciężka i stresująca praca. Musisz spodziewać się niespodziewanego. Nie spodziewał się.
Nie podejrzewał że zostanie, a już na pewno nie przewidywał więcej niż jednego przelewu. Otrzymał ich już sześć.
Przepadł. Przepadł bez reszty, mimo początkowego obrzydzenia do tego, co miał robić. Trzy, pięć lub czternaście godzin na dobę. Kilkanaście dni bez przerwy. To bez znaczenia. Jedyne świętości to Święto Niepodległości, 1 listopada i Boże Narodzenie. Przy tym ostatnim już drugiego dnia myślał, co będzie miał do zrobienia, gdy wróci. Nie wytrzymał nawet tygodnia. Wrócił po kilku dniach, ignorując uwagi o tym, że przecież do końca roku nie powinno go tam być. 
Był tam ciągle. Zbyt długo, a na pewno zbyt intensywnie. Jest ciągle. I chce być nadal. To jedne z intensywniejszych sześciu miesięcy w jego życiu, a przez to jedne z piękniejszych.
Szkoda byłoby przerwać je tak niespodziewanie. Ale czy nie tak właśnie się zaczęły?

Życie jest piękne, przez to, że przynosi ciekawe historie do opowiedzenia w cztery oczy. Tylko czy ktoś ma ochotę ich wysłuchać? 

Niedoczas.

Wielka rocznica stała się usprawiedliwieniem dla jednego z dwóch wolnych dni w tym pięknym miesiącu.
Nie piszę, bo śpię.
I pierwszy raz od wielu lat wydaje się, że mam plan na początek stycznia.